Terapia u psychologa - wywiad z nową autorką bloga

Terapia u psychologa - wywiad z nową autorką bloga

A. jest moją przyjaciółką jeszcze od podstawówki. Zawsze było tak, że przynajmniej jedna z nas prowadziła bloga. Miałyśmy wspólne projekty, byłyśmy wzajemnymi krytykami. Dlatego kiedy A. zaproponowała, że będzie blogować ze mną zgodziłam się bez zastanowienia.

Zmiany planowałam już od dawna, bo #Matka była bardzo oporną współautorką, wiecznie zajętą czym innym. Dlatego Matka i Córka zmienia się w Lemon Ladies - mały, babski zakątek. Zapraszam Was na wywiad z A, który jest jej pierwszym oficjalnym głosem jako autorki.

Gorąco polecam Wam również poradnik dla druhny/ świadkowej (TUTAJ) autorstwa A.
W.

W: Co skłoniło Cię do wizyty u psychologa?

A: W ostatnim czasie nawarstwiło się w moim życiu bardzo dużo negatywnych przeżyć i emocji. Ale ok, każdy czasem ma przecież gorszy czas. Jednak z tygodnia na tydzień było coraz gorzej, nie miałam siły by wychodzić z łóżka, wypełniałam tylko minimum obowiązków na studia, a resztę dnia spałam lub płakałam. Dużo myślałam, żeby zasięgnąć pomocy specjalisty i w końcu się zdecydowałam. Z perspektywy trzech miesięcy terapii, żałuję, że tak bardzo zwlekałam z tą decyzją.

Ile trwała Twoja terapia (ile sesji)?

W terapii jestem cały czas. Za mną już około 15 spotkań, uczęszczam na nie raz w tygodniu. Niestety po pierwszym miesiącu terapii, kiedy nie było widać zmian, zostałam skierowana do psychiatry, który rozpoznał depresję i włączył leczenie farmakologiczne. Bardzo się go obawiałam, ale można powiedzieć, że „postawiło mnie na nogi” i pozwoliło bardziej wykorzystać terapię.

Jak wybrać terapeutę?

To bardzo trudne pytanie. Ja kierowałam się nurtem w jakim pracuje dana osoba oraz jego referencjami (czy jest dyplomowanym psychoterapeutą) i posiadaniem superwizora. Mniejszą uwagę zwracałam na internetowe opinie. Na pierwszą wizytę poszłam bez żadnych oczekiwań, z nastawieniem, że jeżeli mi się nie spodoba znajdę kogoś innego. Terapeuta to też człowiek i może zwyczajnie nam nie „kliknąć” w relacji, która co oczywiste, jest bardzo osobista.

Czy są różne rodzaje terapii?

Nurtów terapii jest mnóstwo. Poprzez psychoanalizę, przez terapię poznawczo-behawioralną, terapię schematów. Jest w czym przebierać. Warto przed udaniem się do terapeuty trochę o tym poczytać i zobaczyć co jest najbliższe naszemu podejściu do szeroko pojętej psychiki. Ja jestem w nurcie poznawczo-behawioralnym z elementami terapii EMDR.
Trzeba też pamiętać, że jeśli jakaś metoda wprowadzona przez Waszego terapeutę jest dla Was niekomfortowa/nieefektywna trzeba mu o tym powiedzieć. On się na Was nie pogniewa ( a przynajmniej nie powinien!), a będzie mógł zmodyfikować i usprawnić proces terapeutyczny.

Jak wygląda przeciętna godzina u terapeuty?

Czy w tym pytaniu, kryje się podtekst czy leżę na leżance, tak jak w filmach? Niestety terapia w dalszym ciągu jest w społeczeństwie ogromnym tematem tabu. Dlatego też wybierając się na pierwszą wizytę miałam w głowie wszystkie możliwe stereotypy. Jak możecie się domyślać, średnio się sprawdziły w rzeczywistości.

Każda sesja wygląda inaczej. Na początku zazwyczaj rozmawiamy o minionych wydarzeniach, aktualnym samopoczuciu. Jeżeli mam jakieś bieżące problemy, drastyczne spadki nastroju to tym zajmujemy się w pierwszej kolejności. Jeśli nic szczególnego nie działo się od ostatniej wizyty, staramy się wybrać jakiś obszar mojego życia i nad nim popracować. Często kiedy terapeutka pytała mnie nad czym chcę popracować miałam pustkę w głowie. Dlatego założyłam dziennik i wszystkie bolączki lądują właśnie w nim. Czasem też sama coś zapisuje na wizytę, bo zadaję bardzo dużo pytań, dlaczego jest tak a nie inaczej. Wizytę kończymy podsumowaniem i ustaleniem zadań na kolejne dni.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w całej terapii?

Pierwsza wizyta. Musiałam poprosić koleżankę, by poczekała ze mną przed gabinetem, bo bałam się, że tuż przed zwyczajnie ucieknę. Byłam przerażona otwarciem się przed zupełnie obcą mi osobą. Jak się okazało, nie było tak strasznie.
Zdarzają się też bardzo trudne sesje, gdzie dotykamy naprawdę bolesnych problemów i wracam z nich do domu fizycznie zmęczona.

Jakie widzisz korzyści/zmiany?

Obawiam się, że nie wystarczyłby mi jeden post na blogu by je opisać. Przede wszystkim terapia pomogła mi w zwalczaniu depresji. Mam też nadzieję, że po jej zakończeniu i zakończeniu leczenia, fakt przepracowania tematu ze specjalistą będzie stanowił pewnego rodzaju płaszcz ochronny przed nawrotem choroby.

Moje myślenie o sobie i ludziach zmieniło się niemal o 180 stopni. Nauczyłam się radzić sobie ze stresem, co jak wiesz w moim przypadku jest dość trudne. Wiele też nauczyłam się o funkcjonowaniu ludzkiej psychiki i pomaga mi to na co dzień w walce z błędnymi przekonaniami wyniesionymi z przeszłości.

Jak na wieść o terapii zareagowali Twoi najbliżsi?

Bardzo obawiałam się ich reakcji, jednak okazali się dla mnie ogromnym wsparciem. Większość znajomych też reaguje bardzo pozytywnie i wspierająco, choć zdarzają się niedowiarki, które doradzają spacery i jedzenie czekolady.

Jaki jest orientacyjny koszt, na który trzeba się przygotować?

To zdecydowanie jeden z minusów terapii. Można oczywiście skorzystać z tej refundowanej przez NFZ po uzyskaniu skierowania do psychologa. Jeżeli potrzebujecie konsultacji z psychiatrą, skierowanie nie jest Wam potrzebne. Trzeba się jednak liczyć ze sporym czasem oczekiwania na wizytę. Cena prywatnych terapii to około 100-150 zł za sesję.

Kto powinien skorzystać z usług psychologa?

Nie ma na to złotej reguły. Jeżeli jednak czujecie, że coś jest nie tak, że nie radzicie sobie ze swoimi problemami, albo zwyczajnie potrzebujecie spojrzenia z boku na pewne kwestie to warto wybrać się chociaż na jedno spotkanie. Specjalista na pewno będzie Was w stanie pokierować dalej.
Życie z niedoczynnością tarczycy - sucha skóra

Życie z niedoczynnością tarczycy - sucha skóra

Moje zdrowie to temat, którego jeszcze nie poruszałam na tym blogu. I może kiedyś opowiem Wam coś więcej, ale wolałabym uniknąć typowo naukowych tłumaczeń - chcę bardziej skupić się na tym, jak sobie radzę z chorobami na co dzień.

Z większością uroków zaburzeń hormonalnych nauczyłam się żyć na tyle, że traktuję je jako coś normalnego. W ostatnim czasie jednak przesuszona skóra to coś, co wyjątkowo dawało mi w kość, więc chcę opowiedzieć Wam jak sobie z tym poradziłam.

I od razu podkreślam, że nie jest to coś, z czym boryka się każdy z niedoczynnością tarczycy, szczególnie w takim nasileniu. Rozmawiałam jednak z osobami z mojego otoczenia, które mają podobne problemy zdrowotne i każdy zmagał się z tym w mniejszym lub większym nasileniu.

Czy to aż taki problem?

#Matka od zawsze ma skórę suchą i jako posiadaczka cery mieszanej ze skłonnością do wyprysków nigdy nie mogłam zrozumieć jej narzekania. Przecież wystarczy mocny nawilżacz i po problemie. Odkąd jednak sama zaczęłam się z tym zmagać dotarło do mnie jak uciążliwe potrafi się to stać.

I nie mówię tutaj tylko o suchych skórkach na twarzy, ale o czymś o wiele poważniejszym. Myślę, że komuś kto nigdy tego nie doświadczył ciężko będzie zrozumieć, dlatego podkreślę - skóra jest naszym największym organem. Pokrywa całe ciało i jeżeli coś jest nie tak odczuwamy to całym sobą.

U mnie zaczęło się od łydek. Wyglądały koszmarnie, swędziały tak mocno, że z czasem były całe czerwone od drapania. Potem problem się pogarszał do tego stopnia, że zaczęłam mieć łupież nawet po najłagodniejszych szamponach, a wieczorem nie mogłam zasnąć - tak mnie wszystko swędziało.

Leczenie

Problem był nie do wytrzymania przed podjęciem leczenia, ale mam wrażenie, że początkowe tygodnie na Euthyroxie tylko zaostrzyły sprawę. Dochodziło do tego, że leżałam wieczorami w bezruchu na łóżku, bo każde muśnięcie materiału doprowadzało mnie do szału. Jeżeli jesteście w takiej sytuacji to pocieszę Was - to przejdzie, mimo, że ciężko sobie to teraz wyobrazić.

Ciężka artyleria

W tym najgorszym okresie ratowałam się jak tylko mogłam. Zwykłe balsamy kompletnie nie dawały sobie rady, więc opracowałam swoją własną strategię pielęgnacyjną.

Należę do niesamowicie leniwych osób jeżeli chodzi o wieczorne zabiegi, więc nie byłam przesadnie konsekwentna. Początkowo starałam się powtarzać to co dwa dni, a wraz z poprawą kondycji mojej skóry zdarzało mi się to coraz rzadziej.

Przede wszystkim oleje!

Jak przystało na włosomaniaczkę miałam w domu pochowane po kątach różne olejki. Skoro pomagały na włosy to czemu miałyby nie zadziałać na skórę? Gdzieś wyczytałam, że dobrze radzi sobie olej z pestek winogron, którego miałam ogromne opakowanie (nie jest drogi, dostępny w Biedronce) i jego używałam najczęściej. Po umyciu się wmasowywałam go w ciało jeszcze pod prysznicem, zazwyczaj nakładając trochę przy okazji na fryzurę. Czekałam chwilę, spłukiwałam nadmiar chłodną wodą i albo zwyczajnie owijałam się ręcznikiem czekając do wyschnięcia, albo "przyciskałam" go delikatnie do ciała uważając, żeby nie wytrzeć oleju.

Jeżeli goliłam nogi, to zawsze na olejku. Wcześniej robiłam to używając maski Kallosa (polecam, szybko zmiękcza włoski, pozostawia skórę gładką).

Starałam się też złuszczać martwy naskórek. Albo robiłam własne pillingi cukrowe (kawowe były za mocne), koniecznie na bazie olejów, albo stawiałam na szczotkowanie na sucho. Tych, którzy nie słyszeli odsyłam do wpisu Kosmetycznej Hedonistki (TUTAJ). Polecam, działa genialnie, szczególnie jeżeli macie problem z naczynkami.

Kąpiele tylko w letniej wodzie, szczególnie jeżeli skóra była mocno podrażniona. Ciepło powodowałoby rozszerzenie naczyń krwionośnych, napłynięcie krwi do skóry i w efekcie większą wrażliwość.

Twarz

Jeżeli macie jednocześnie problem z niedoskonałościami to przede wszystkim polecam jak najbardziej delikatne kosmetyki. Ja bardzo polubiłam się z kremami z serii Food for skin Lidla. Od czasu do czasu maseczki, co mi wpadło pod rękę i koniecznie dobre oczyszczenie i demakijaż. Z takich moich małych bohaterów to od lat jest nim żel aloesowy. Jest świetny na podrażnioną skórę, nie zapycha, a w upalne dni cudownie chłodzi.

Głowa

To było kolejne z moich newralgicznych miejsc, ale oszczędzę Wam szczegółów i powiem tylko co się sprawdziło. W tragicznym czasie ratowałam się olejem, ale była to ostateczność i zdecydowałam się tylko kilka razy. Zostawiałam na skalpie na godzinę przed umyciem.

Z ciekawszych rad, na jakie trafiłam polecam spienianie szamponu przed nałożeniem go na głowę, o czym pisała Ania maluje (TUTAJ).Testowałam też już kiedyś kosmetyki dziecięce, ale niestety plątały moje długie włosy i miałam wrażenie, że moja skóra bardzo szybko się do nich przyzwyczaja.

Najlepiej zadziałał na mnie Nizoral, ale nie można go stosować na co dzień. Myłam nim więc włosy maksymalnie dwa razy pod rząd, a potem spieniałam zwykły szampon (teraz używam takiego z czarną rzepą, z polecenia #Matki).

Jak jest teraz?

Wciąż swędzi mnie skóra, ale jest to nie do porównania z tym, co było. Golenie nóg na oleju zostało ze mną do dzisiaj, podobnie jak spienianie szamponu. Staram się przynajmniej od czasu do czasu szczotkować nogi na sucho, używam co dwa, trzy dni balsamu. Takie niezbędne minimum dla leniuszka.


A jak było u Was? Jakie objawy niedoczynności tarczycy najbardziej Wam dokuczają? Też miałyście problem z przesuszoną skórą?
Najmądrzejsza książka o miłości i związkach, jaką kiedykolwiek przeczytałam, czyli jaki jest Twój język miłości

Najmądrzejsza książka o miłości i związkach, jaką kiedykolwiek przeczytałam, czyli jaki jest Twój język miłości

Sama z siebie chyba nigdy nie wpadłabym na pomysł żeby przeczytać tą książkę. Poradnik o miłości? Jakoś tak nie brzmi zachęcająco. I przypuszczam, że nigdy nie zgadlibyście, kto polecił mi właśnie tą pozycję!

Razem z #Narzeczonym słuchamy audiobooków w samochodzie i zazwyczaj wybór pada na finanse, własny biznes albo rozwój osobisty. Dlatego byłam naprawdę zdziwiona, kiedy zaczął namawiać mnie na przeczytanie "5 języków miłości".

Gary Chapman to pastor, który zajmuje się tematyką małżeństw i narzeczeństwa. W 1992 r. napisał swoją pierwszą książkę, która została przetłumaczona na 49 języków.

Wszystko opiera się, na założeniu, że istnieje pięć kategorii, w których można wyrażać miłość i każdy z nas preferuje jeden do dwóch z nich. Tutaj jest to dobrze wytłumaczone:



Książka jest naprawdę pouczająca i otwiera oczy na wiele spraw. Uświadomiła mi, że mimo, że lubię słyszeć, że jestem kochana i otrzymywać komplementy to wyrażenia afirmatywne nie są moim "ojczystym" językiem.

Co ciekawe, język który najlepiej rozumiemy jest jednocześnie tym, którego najczęściej używamy. Nie przenosi się to tylko na nasze relacje romantyczne, ale też na te z innymi bliskimi. Po takiej lekturze dużo łatwiej było mi zrozumieć, że moja #Babcia mówi głównie w drobnych przysługach, a #Brat totalnie nie rozumie podarków.

Jednocześnie jest to świetna pozycja dla wszystkich rodziców, bo dzieci też mówią różnymi językami miłości i sposób, w jaki my wybraliśmy okazywanie im uczuć może okazać się dla nich niezrozumiały.

Nawet jeżeli nie przekonałam Was do lektury "5 języków miłości" to polecam w wolnym czasie wypełnić quiz: POLSKOJĘZYCZNY lub ANGIELSKOJĘZYCZNY (tam są też opcje dla dzieci, nastolatków, singli).
Co musisz wiedzieć zanim zapiszesz się na lekcje pierwszego tańca - wywiad z trenerem

Co musisz wiedzieć zanim zapiszesz się na lekcje pierwszego tańca - wywiad z trenerem

U Alana na instagramie (@le_banan) możecie znaleźć stories z pięknych miejsc. Ten przystojniak był autostopem w Fatimie, teraz wrócił z Bari, we Włoszech, a w wakacje będzie relacjonował życie na Alasce. W przerwie od podróży i studiów prowadzi lekcje pierwszego tańca dla przyszłych młodych par.

Parapet w jego starym pokoju ugina się pod ciężarem pucharów z turniejów tanecznych. Na jego lekcjach możecie liczyć na masę humoru, konkretne uwagi i ciekawe pomysły. Gotowy zrealizować najbardziej szalony pomysł na jaki wpadniecie. W sekrecie zdradzę Wam, że chętnie towarzyszy dziewczynom na weselach jako ich osoba towarzysząca.

Specjalnie dla nas zgodził się udzielić wywiadu o pierwszym tańcu oczami instruktora. Zapraszamy!

My: Kiedy powinniśmy umówić się na pierwsze lekcje?

Alan: Najlepiej jest zacząć zajęcia najpóźniej dwa miesiące przed ślubem. Szczególnie jeżeli nasz pierwszy taniec ma być innym niż użytkowy, który ostatnio stał się dużo bardziej popularny, bo nie oszukujmy się - lepiej jest wybrać styl, który będziemy mogli "użyć" na innych imprezach, niż taki, który pokażemy jeden raz i pójdzie w zapomnienie. Jeżeli jest to więc 2 na 1 (przyp. czyli ten, który Alan nazywa użytkowym) to zapiszmy się nawet i dwa i pół miesiąca wcześniej żeby się z nim obyć.


Ile lekcji przeciętnie potrzeba żeby nauczyć się choreografii?

Obiektywnie na jednej lekcji możemy zrobić 40-60 sekund układu w zależności od poczucia rytmu, zdolności i oczekiwań przyszłej Pary Młodej względem tego, co chcą pokazać.

Czy możemy od razu przejść do nauki choreografii czy powinniśmy zacząć od podstaw?

Jeśli bierzemy "na warsztat" jakiś taniec to na pierwszych zajęciach instruktor powinien powiedzieć/ pokazać jaki z charakteru jest dany styl i dlaczego tańczymy go tak a nie inaczej. Zawsze zaczynamy od podstaw, które później zaowocują! Dla mnie pierwsze zajęcia są także po to by dowiedzieć się jakie podnoszenia będzie Młoda Para chciała wykonać, muszę poznać ich estetykę (chociaż, nie oszukujmy się- to Pani jest zazwyczaj Szefową i to Ona podejmuje decyzję).

Jakie są najpopularniejsze pierwsze tańce (styl, muzyka)?

Najpopularniejszym dalej pozostaje walc wiedeński, który jest szybki i radosny, a także daje dużo możliwości do przejść i figur. Jest mnóstwo piosenek kreowanych na walca więc wybór jest tym bardziej łatwy. Ostatnio modą stały się także choreografie bardziej na luzie. Pary wybierają tańce takie jak salsa i bachata, ale to wymaga od Nich więcej samodzielnej pracy i zainteresowania tematem dużo wcześniej. Pamiętajcie, że salsy nie nauczymy się w miesiąc.

Co do muzyki zawsze gdy wyjdzie jakiś film lub zostanie nagrodzony to wtedy jest "wysyp" takich piosenek podczas kursu. Muzyka filmowa jest na pewno ciekawsza niż inne, ale wybierajcie piosenki które mają dla Was znaczenie.


Czy dla każdego można ułożyć dobrze wyglądający taniec czy zdarzają się zbyt ciężkie przypadki?

Każdy zasługuje na dobrze wyglądający taniec i powinno to być obowiązkiem instruktora by ułożyć go jak najlepiej. Jako Ci, którzy będziecie to tańczyć w każdej chwili możecie powiedzieć, że coś Wam nie odpowiada, zaproponować zmiany, ale starajcie się zaufać trenerowi, który może Wam powiedzieć że coś wygląda źle (i nie chce Wam robić na przekór tylko także zależy Mu na dobrym wyglądzie! Wasz taniec jest Jego wizytówką...). Jest mu również łatwiej obiektywnie ocenić Wasze umiejętności i zaproponować coś pasującego do Was.

Jaki jest najlepszy strój na lekcje tańca?

Na lekcje tańca niech każdy przychodzi w wygodnym dla siebie stroju, ale polecałbym, żeby Panie po stworzeniu układu ubierały już szpilki (wynika to z tego że wolniej się tańczy na obcasach i dlatego trzeba ustalać ilościowo jak długo robimy figury żebyśmy się zmieścili w muzyce).


Jaki taniec jest najłatwiejszy a jaki sprawia największa trudność początkującym?

Najłatwiejszym i zarazem najbardziej praktycznym jest dwa na jeden, a myślę że ten najczęściej wybierany walc wiedeński (jeśli chce się go zatańczyć naprawdę porządnie) sprawia najwięcej kłopotów.

Na co zwrócić uwagę wybierając piosenkę?

Piosenka nie powinna mieć stałego tempa. Każdy instruktor powinien na początku "zarysować", że w np. w 1.32 minucie utworu będzie podnoszenie w górze, a w innym momencie linia (poza taneczna, w której dłużej stoimy).

Chcesz coś jeszcze dodać?

Moją radą jest to, żeby ludzie wybierali swoje piosenki, a nie "te popularne", szukali, dużo się inspirowali z YouTube i wymagali od swoich trenerów. Sześć zajęć jest wystarczające by zrobić świetny układ!


Jeżeli jesteście zainteresowani, Alan prowadzi zajęcia W Rzeszowie i możecie kontaktować się z nim przez instagram. Jakie są Wasze doświadczenia z pierwszym tańcem? Może macie jeszcze jakieś pytania do Alana?
Jedna rzecz, bez której Twój związek nie przetrwa - z komentarzem #Narzeczonego

Jedna rzecz, bez której Twój związek nie przetrwa - z komentarzem #Narzeczonego

Jedna z rozmów, które dzisiaj odbyłam skłoniła mnie do przemyśleń. Moje najbliższe otoczenie zawsze z zachwytem mówi o moim związku. #Matka powtarza, że takich mężczyzn, jak mój #Narzeczony to ze świecą szukać, #Babcia wydaje się być szczerze zdziwiona, jak opowiadam jej jak wygląda moja codzienność, a jedna z przyjaciółek kiedyś powiedziała, że mamy najbardziej bezproblemową relację ever.

Ja zawsze uważałam, że tak jak u nas jest wszędzie. Że każdy zdrowy, dojrzały związek tak wygląda. Kłócimy się, jak wszyscy. Czasami nawet częściej niż inni. Pod wieloma względami jesteśmy zupełnie różnymi ludźmi. On zawsze mówi, że moją największą wadą jest pedantyzm, a ja, że z niego kompletny bałaganiarz. On jest introwertykiem, ja kocham towarzystwo. Co więc jest magicznym składnikiem, który spaja ten nasz mały chaos?

Recepta na udany związek

Mogłabym Wam powiedzieć o tym, jak przynajmniej raz w tygodniu wychodzimy na randkę. Jak On zawsze pamięta o ważnych datach, jaki potrafi być romantyczny i szarmancki. Albo, że naszym sposobem jest 12 przytuleń na dzień.

Mogłabym też tutaj powymyślać, że kobieta zawsze powinna wyglądać ponętnie, albo najważniejsze jest jak często uprawiacie seks. I mimo, że wszystkie te rzeczy są miłe i ważne to tak naprawdę żaden związek nie przetrwa bez tej jednej, wydawałoby się oczywistej...

Komunikacja!

Teraz pewnie wywracacie oczami, bo ile razy to słyszeliście? Halo, halo... wracaj do licznika przytuleń, powiedz jak się do niego uśmiechać albo co dosypać do zupy. Niestety, dość niewygodny fakt jest taki, że komunikacja to podstawa każdej relacji, bez względu na to czy romantycznej czy nie.

Ale o co Ci chodzi #Córka, co? No przecież wiadomo, gadam z tym moim facetem codziennie, a i tak się kłócimy. Jakieś wierutne bzdury nam tu wciskasz.

Z moich obserwacji i z tego, co kobiety, którymi się otaczam mówią mi na co dzień wynika, że większość problemów w ich związkach można by szybko rozwiązać otwartą, szczerą rozmową. Dlaczego więc tak trudno jest nam się jej podjąć?

Powodów możemy szukać wszędzie. Obwińmy naszych rodziców za przykład, jaki nam dawali. Zrzućmy na nasze byłe związki za schematy, których nas nauczyły. Ale jeżeli codziennie wokół siebie widzimy tabuny par, którymi nigdy nie chcielibyśmy się stać i sami uwolniliśmy się z relacji, do których nigdy nie chcielibyśmy wracać to dlaczego nie uczymy się na tych błędach? Dlaczego nie wyciągamy wniosków?


Myślę, że wszystko to sprowadza się do tego, że zwyczajnie nie rozumiemy co to znaczy zdrowa komunikacja. Tak mało jest związków, które chcielibyśmy naśladować, że nie wiemy jak budować nasze własne. Łatwo wpadamy w nawyki wyrobione w tych nieudanych i karuzela się kręci.

Co to jednak jest ta komunikacja?

Najczęstszym problemem, który ja zaobserwowałam jest to, że nie mówimy naszemu partnerowi, kiedy coś nam nie odpowiada. Tłumimy emocje w sobie, przełykamy gorycz i wydaje nam się, że jeżeli odpuścimy sobie sprzeczkę to tak będzie lepiej. Wstajesz z łóżka, potykasz się setny raz z rzędu o jego skarpetki niedbale rozrzucone pod łóżkiem, klniesz w duszy i bez słowa wychodzisz z pokoju.

Ale nie będzie lepiej, wierzcie mi. Małe urazy się skumulują, problemy nawarstwią, a emocje, z którymi nie rozprawiliśmy się od razu odezwą się ze zwiększoną siłą. Zamiast drobnego: "Misiu mój drogi, jak nie zaczniesz wyrzucać swoich brudnych skarpet do kosza na pranie to przysięgam, że dostanę w końcu rozstroju nerwowego" finalnie wyrzucacie z siebie "Bo Ty mnie tak naprawdę w ogóle nie kochasz, nie obchodzę Cię, nie myślisz o mnie i to wszystko nie ma sensu!". Albo coś w tym stylu.

Sęk w tym, że ze zbiorem negatywnych incydentów czujecie się zmęczeni, wszystko w Was buzuje i pod koniec nie wiecie nawet, że powodem Waszych uczuć są te metaforyczne skarpetki, które On zostawił pięć dni temu. Wiem, też tak czasami mam.

Jak rozmawiać?

Nie radzę Wam tutaj wybuchać w sekundzie, w której On nie odniesie brudnego talerza do zlewu. Ale jak jest coś, co wiecie, że działa Wam na nerwy to przemyślcie to sobie na spokojnie, posadźcie Waszą Miłość obok siebie i opanowanym głosem powiedzcie "Czuję się, jakby Twoje brudne skarpetki na podłodze były aktem agresji przeciwko mi i za każdym razem, gdy tak je zostawiasz jest mi smutno i mam wrażenie, że mnie nie kochasz. Byłabym bardzo szczęśliwa gdybyś mógł się postarać i wrzucać je za każdym razem do kosza na pranie". Taki komunikat jest przejrzysty. Nazywa problem, skupia się na WASZYCH emocjach (to bardzo ważne) i przedstawia możliwe rozwiązanie. Jeżeli zamiast tego wykrzyczycie "Bo Ty zawsze rozrzucasz swoje skarpety!" to on będzie się czuł oskarżony, podświadomie włączy mechanizmy obronne i nie będzie zmotywowany do zmian.



Typowa kobieta

My kobiety na tym polu lubimy popełniać bardzo dużo błędów, co stało się przedmiotem memów całego internetu, czyli "Bo On się powinien domyślić!". Ja to doskonale rozumiem i sama nie raz czułam, że te metaforyczne skarpety to jest świadome, przemyślane działanie. Ale wiecie co? Setki rozmów uświadomiły mi, że On naprawdę niczego nie potrafi zrozumieć tak jak ja i większość rzeczy muszę mu łopatologicznie wytłumaczyć. Jak już się przełamiecie to uwierzcie mi, że będzie Wam dużo lżej na duszy, jak będziecie mogli wyłożyć kawę na ławę i wprost zakomunikować swoje potrzeby.

Strzelanie focha to też nienajlepszy pomysł. Abstrahując od faktu, że jeżeli nie jesteście dla drugiej osoby pierwszym partnerem to przeżyła to miliony razy i wywołuje w niej to niechęć i złe wspomnienia, to zwyczajnie nie jest to pomysł na nic. Wiecie ile u mnie najdłużej trwały ciche dni? Kilka godzin max. Nie więcej. I to tylko w sytuacjach, kiedy byliśmy na przykład w towarzystwie i nie mieliśmy szansy tego rozwiązać.

Może Wam się też wydawać, że jeżeli nigdy o czymś nie powiecie, stłumicie coś w sobie to najwyżej poprzeżywacie  coś w duchu i Wam przejdzie, a unikniecie konfliktu. Myślę jednak, że jak jest się w związku to partner bardzo szybko uczy się odczytywać nasze emocje i nawet jeżeli nie zakomunikujecie czegoś wprost to druga strona będzie samodzielnie próbowała odgadnąć czym spowodowany jest ten nastrój, a to może skończyć się różnie.

Męskim okiem czyli #Narzeczony komentuje

Zgadzam się z tym, co napisałaś, ale myślę, że warto dodać jeszcze ważny aspekt - podobne wartości. Żadna ilość komunikacji tego nie nadrobi. Jeżeli na przykład jesteś osobą religijną, życie kościelne jest istotną częścią Twojej codzienności i bardzo Ci zależy, żeby Twój partner towarzyszył Ci w niedzielnych mszach, a On nie chce się na to zgodzić, bo jest mocno antyklerykalny to rozmowy nie pomogą. Może być tak, że On od razu wie, że nie odpuści i nie porzuci swoich wartości. W tej sytuacji masz dwa wyjścia, w zależności od tego jak ważny temat jest dla Ciebie. Albo postanawiasz to zaakceptować i pogodzić się z tym, że nigdy nic się nie zmieni, albo rozchodzicie się w przeciwnych kierunkach. 
Poza tym ważna jest też sama natura kobiety i mężczyzny i różnice, jakie między nami występują, które mogą w różnym stopniu się w nas pojawiać. Jeżeli partnerka jest bardzo kobieca to potrafi być mocno emocjonalna i żadna ilość komunikacji ze strony jej partnera nic nie zmieni. Zapewniam, że każdy mężczyzna oddałby wszystkie pieniądze świata, żeby jego kobieta reagowała mniej wrażliwie niż zazwyczaj to robi. Tak samo żadna ilość komunikacji nie jest w stanie przekonać mężczyzny do tego żeby zaczął przejmować się sprawami, które uważa za trywialne, bo Go to zwyczajnie nie interesuje. Dlatego czasami należy zastanowić się, czy rzeczy, które chcemy zmieniać naprawdę są ważne, czy to zwyczajnie nasza fanaberia.

Ze swojej strony mogę jeszcze dodać, że komunikacja działa tylko wtedy, kiedy obie strony się starają i chcą być lepsze dla swojego partnera. Związek jest czymś pięknym i wspaniałym, ale jednocześnie wymaga niesamowicie ciężkiej pracy i niestety jeżeli się go zaniedba to wszystko bardzo szybko się psuje.

A jak jest u Was, potraficie otwarcie rozmawiać ze swoim partnerem? Chcecie więcej wpisów tego rodzaju?
Kiedy powinnaś ściągnąć pierścionek zaręczynowy?

Kiedy powinnaś ściągnąć pierścionek zaręczynowy?

Co chwilę w niemym zachwycie spoglądasz na swoją dłoń i wciąż nie możesz uwierzyć. Jest tam - piękny, cudowny i jedyny. Dowód Waszej miłości, obietnica wspólnej przyszłości. I niby w tym wszystkim nie chodzi właśnie o pierścionek zaręczynowy, a Wasze uczucie i przyszłe małżeństwo, ale oczywistym jest, że nie chcesz, aby temu symbolowi przydarzyło się cokolwiek złego.

Na początku chciałam być jak te wszystkie dziewczyny w serialach, które nigdy nie zdejmują go z ręki, nigdy ich nie uwiera, nie rysuje się i wszystko jest cacy. Ale cóż, podobnie jak nie potrafię otworzyć oczu przy pierwszym budziku, tak i tutaj życie nie okazało się być takie kolorowe.

Napisałam więc dla Was listę sytuacji, w których ja prawie zawsze pierścionek zostawiam na szafce nocnej. Część z nich to kwestie Waszego bezpieczeństwa, inne typowo biżuteryjnego.

Sen

Szczerze powiedziawszy przespałam w nim chyba tylko jedną noc. Rano obudziłam się z lekko opuchniętym i zaczerwienionym palcem, a to był jeszcze czas, kiedy mój pierścionek był spokojnie o dwa rozmiary za duży. Jeżeli nie jesteście niczym śpiąca królewna, wkładacie ręce pod głowę i często zmieniacie pozycję to radzę pierścionek zaręczynowy zostawiać na szafce nocnej. Nie wspomnę już o tym jak bardzo wszelkie nitki czy (o zgrozo!) Wasze włosy lubią wplątywać się w ten przepiękny diamencik.

Siłownia

Ten punkt powinien rozumieć się samo przez się, ale nawet jeżeli nie przeszkadza Wam zwykły brak wygody i wpijanie się pierścionka w Wasze ciało przy każdym powtórzeniu to warto przypomnieć, że jest coś takiego jak mikrourazy. Każdy metal, nawet najszlachetniejszy ma swoją odporność i takie poddawanie go ciągłemu naciskowi nie przyniesie niczego dobrego. Jeżeli boicie się zostawić go w szatni polecam zawieszenie go na łańcuszku na szyi lub na bransoletce (ja tak robię). Nie powinien spaść, a ryzyko uszkodzenia jest o niebo mniejsze.

Wieczorna toaleta

Wciąż pamiętam jak #Matka czasami ściągała swoją obrączkę pod którą zbierało się mydło. Nasi rodzice nigdy się z nią nie rozstawali i kto wie - może ja też tak będę do tego podchodzić, ale wciąż jestem przekonana, że pierścionek zaręczynowy jest o wiele bardziej delikatny. Oczywiście wszelkie detergenty nie służą metalom, podobnie jak częste moczenie, ale prawdziwym problemem jest odkładanie się osadu czy kamienia pod brylantem. Nigdy sama tego nie przeżyłam, ale przeczytałam wystarczająco dużo forów, żeby wiedzieć, że chcę tego uniknąć. W praktyce więc nie zabieram pierścionka ze sobą do łazienki. Nie popadam w paranoję i myję w nim ręce, ale wynika to z prostej kalkulacji - wolę go potem doczyszczać niż płakać, że wpadł do odpływu lub zostawiłam go w publicznej toalecie.

Nakładanie kremów lub balsamów

Trochę wpada to pod wieczorną toaletę, ale kremy do rąk używamy dużo częściej. Powód jest podobny - zawarte w nich substancje mogą wchodzić w reakcje z metalem, brylant może zachodzić osadem, a resztki kosmetyku mogą ukrywać się w najmniejszych zakamarkach. Dlatego w miarę możliwości przynajmniej na chwilę ściągam pierścionek, wmasowuję krem, czekam aż się wchłonie i dopiero zakładam biżuterię z powrotem.

Basen

Oczywistym jest dla mnie, że jeżeli panicznie boję się o działanie chloru na moje włosy to tym bardziej nie będę serwować takiej kąpieli mojemu cennemu brylantowi. Dochodzi jeszcze problem możliwości zgubienia go na dnie zbiornika. Pod wpływem niższej temperatury wody nasz pierścionek może okazać się luźniejszy (więcej pisałam tutaj) i niepostrzeżenie zsunąć się z palca. Niby można nurkować w poszukiwaniach, ale ja wolę oszczędzić sobie takich emocji.

Pod ten punkt podchodzi również pływanie w naturalnych zbiornikach wodnych, a historię mrożącą krew w żyłach, przeczytaną kiedyś na forum, znajdziecie w tym wpisie.


W praktyce wygląda to tak, że po przyjściu do domu zdejmuję pierścionek i w zasadzie całą biżuterię, jaką tego dnia miałam na sobie i zostawiam na szafce nocnej, w specjalnie do tego przeznaczonym miejscu. Dzięki temu unikam mycia naczyń, gotowania, kąpania się w brylancie. A jak jest u Was? Uważacie na swoje pierścionki zaręczynowe czy spędzacie w nich cały czas?
Ile zapłacisz za salę weselną

Ile zapłacisz za salę weselną

Jedną z pierwszych rzeczy, o której myślimy planując wesele jest sala, w której odbędzie się przyjęcie. W mniejszych miejscowościach termin trzeba rezerwować nawet z dwu - trzyletnim wyprzedzeniem. Często jest więc to czynnik decydujący o dacie. Tak było u nas. Zależało mi na konkretnym lokalu i wybrałam wolny dzień z ich kalendarza. I od razu Was uprzedzam, że załatwiając to w październiku wszystkie weekendy na lipiec i sierpień na dwa lata w przód były już zajęte.
Jak być świadkową/ druhną i nie zwariować

Jak być świadkową/ druhną i nie zwariować

A. jest niczym bohaterka filmu "27 sukien ślubnych", która na prawo i lewo sypie anegdotkami weselnymi i zawsze, kiedy któraś dziewczyna w jej otoczeniu dostanie pierścionek, Ona zostaje świadkową. Przebojowa, zorganizowana, zawsze tam, gdzie jej potrzebujesz. Chyba nie muszę podkreślać, że również moja przyszła druhna. Specjalnie dla Was zgodziła się stworzyć poradnik jak odnaleźć się w tej roli. Zapraszam!

Siedzisz sobie spokojnie, z herbatką i książką i nagle dzwoni telefon. W słuchawce słyszysz swoją rozentuzjazmowaną przyjaciółkę. Ona powiedziała właśnie tak. Teraz czas na Ciebie.

Oto jedyny w swoim rodzaju poradnik, jak być druhną/świadkową i nie zwariować… Albo przynajmniej zwariować tylko trochę.

Wieczór panieński

Skoro zostałaś wybrana do tej roli, jesteś raczej bliską jej osobą. Dlatego, jeżeli wiesz, że zamówienie limuzyny i striptizera spowoduje raczej ucieczkę przyszłej Panny Młodej to nie ulegaj presji innym zaproszonym, że to świetny i jedyny właściwy pomysł. Domówka bez zabaw w rodzaju kto pierwszy założy prezerwatywę na ogórka bez używania rąk też może być udana. Pamiętaj, to przede wszystkim Panna Młoda ma się dobrze bawić.

Jeżeli dzielicie się kosztami ze wszystkimi zaproszonymi dziewczynami, warto na samym początku ustalić orientacyjną cenę, jaką jesteście w stanie przeznaczyć na organizację tego wieczoru. Naprawdę nie trzeba składać się po 200 zł, żeby zorganizować szaloną imprezę. Wystarczy trochę chęci i kreatywności.

Suknia ślubna – największe pole minowe

Tak jak na wieczorze panieńskim to Panna Młoda powinna bawić się najlepiej, tak w sukni ślubnej najlepiej powinna się czuć właśnie ona. Wiem, że brzmi to jakbym postradała zmysły, ale nie daj się zwieść. Wybór sukni ślubnej to największe pole minowe, z jakim przyjdzie się Ci zmierzyć przed ślubem. Szczególnie jeśli na szalony maraton po salonach wybierze się z Wami mama, babcia, ciocia, przyszła teściowa, 3 koleżanki… I każda z totalnie odmiennym gustem. Odmiennym przede wszystkim od gustu Panny Młodej. I wtedy wkraczasz Ty, cała na biało i niczym lwica walczysz o to, by to zdanie Panny Młodej (które przecież doskonale znasz) było na wierzchu, a wszelkie niezadowolone spojrzenia mogą padać na Ciebie.

Nie chcę przez to powiedzieć, by nie doradzać Pannie Młodej w wyborze i nie wypowiadać szczerze swojego zdania. Absolutnie. Jeśli uważasz, że coś wygląda źle, bo np. odstaje tam gdzie nie powinno, podkreśla mankamenty figury zamiast atutów to taka uwaga jest na wagę złota. Jeśli jednak wiesz, że Panna Młoda widzi się w skromnej, zwiewnej sukience a mama/babcia/ciocia/przyszła teściowa/3 koleżanki wywierają na niej presję by wybrała bufiastą cekinową opcję to walcz. Nawet jeśli sama jesteś fanką cekinów. Jeśli wsadzicie ostatecznie Pannę Młodą w suknię, która jej się nie podoba, nie oczekuj, że w dniu ślubu na jej twarzy zobaczysz zadowolenie. To samo tyczy się fryzury, makijażu itd.

Nadszedł Wielki Dzień

Po tygodniach przygotowań nadszedł Wielki Dzień. Kilka dni przed Ślubem warto porozmawiać z Państwem Młodym o Twoich obowiązkach i przebiegu ślubu/wesela. W niektórych przypadkach Twoja rola ograniczy się do podpisania dokumentów w Kościele/Urzędzie (pamiętaj o dowodzie osobistym!), w innych możesz mieć cały stosik obowiązków. W dniu ślubu, raczej nie będzie już czasu na ustalanie takich rzeczy, warto pomyśleć o tym wcześniej.

Przyjedź do Panny Młodej wcześniej. Możesz towarzyszyć jej w przygotowaniach u fryzjera, albo pomóc w domu w ostatnich poprawkach. Ważne, by nie siać paniki, której tego dnia będzie pod dostatkiem. Uspokój mamę Panny Młodej, że wszystko jest świetnie zorganizowane i na pewno pójdzie zgodnie z planem.

Zadbaj wcześniej o swój wygląd. Załóż wygodne buty. Nie ryzykuj wysokich szpilek, jeśli nigdy nie chodziłaś w takich butach. Prawdopodobnie będziesz poprawiać welon, schylać się po tren sukni, lub nosić pudło na koperty. W niewygodnych butach będzie to utrudnione.

Bądź przygotowana na wszystko. Agrafki, igła z nicią, szminka, chusteczki higieniczne, wsuwki do włosów, plastry to minimum Twojej torebki. Razem ze Świadkiem bądźcie dostępni dla gości. Pokierujcie ich w odpowiednie miejsca.

 

W trakcie wesela bądź na każde zawołanie Panny Młodej. Staraj się również raz na jakiś czas sprawdzić, czy fryzura trzyma się w miarę na miejscu i w razie potrzeby śpiesz z pomocą. No i przede wszystkim wykorzystaj wesele do zabawy. Dla Panny Młodej ważne jest też to byś razem z nią świętowała ten dzień, a nie latała wokół i co 5 minut zabierała na stronę by poprawić niesforny kosmyk włosów. Jeżeli spożywasz alkohol, rób to z umiarem. Twoja misja trwa do ostatniego pożegnanego gościa.

Pisałam ten poradnik z lekkim przymrużeniem oka. Zupełnie poważnie jednak, pamiętajcie, że Ślub i Wesele to wspaniała okazja do radości. Nie trzeba do tego dosypywać kilogramów stresu i wszechobecnej paniki. Nie od sukienki, makijażu i idealnych loków zależy jak będzie wyglądał ten dzień. Ważniejsze jest, jaką atmosferę stworzą ludzie. Życzę Wam więc samych radosnych Wesel. Jeżeli macie jakieś zabawne historie związane z byciem druhną, podzielcie się w komentarzu.
Czy powinnaś oddać swój pierścionek zaręczynowy do zmniejszenia? - moja historia

Czy powinnaś oddać swój pierścionek zaręczynowy do zmniejszenia? - moja historia

Do tej pory nie nosiłam na co dzień pierścionków. Jestem bardziej fanką delikatnych bransoletek. Dlatego też #Narzeczony miał niezły dylemat wybierając u jubilera rozmiar. Aż wstyd mi było jak opowiadał, że jako miarę zabrał regulowany metalowy pierścionek, który kiedyś kupiłam za 5 zł i leżał gdzieś z biżuterią. Myślicie, że mu się udało?
Aromatyczna, wegańska zupa pomidorowa z czerwoną soczewicą

Aromatyczna, wegańska zupa pomidorowa z czerwoną soczewicą

Staram się wymyślać posiłki, w których mogę przemycić rzeczy, których z #Narzeczonym nie lubimy. Ja szczególnie nie przepadam za roślinami strączkowymi. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że do mięsa również nie pałam wielką miłością. Co prawda ryby zajmują w mojej diecie bardzo ważne miejsce, ale chciałabym, żeby białko pochodziło z różnych źródeł. Czerwona soczewica jest do tego idealna, bo nie trzeba jej moczyć, jest gotowa w zaledwie kilka minut i sprawia, że przygotowana z nią zupa jest dużo bardziej sycąca.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Lemon Ladies , Blogger